Walka o Wenę
Ostatnie
dni obfitowały w wiele działań. Biegałam od rana do wieczora, a
tkwiło we mnie przeświadczenie, że nic nie zrobiłam. Nic - czyli
nic w kwestii twórczej.
Kiedyś
dziwiłam się mojemu mężowi, który miał wyrzuty sumienia, że za
mało pracował, że marnował czas na czytanie, czy oglądanie
głupot w internetach. A teraz co? Dopadło i mnie!
Po
krótkiej analizie stwierdziłam, iż prawdopodobnie mam te wyrzuty
sumienia, ponieważ nie pracuję… To znaczy - nie chodzę każdego
dnia do znienawidzonego biura i nie cierpię tak, jak inni. Przez to,
ciągle stawiałam sobie zbyt wygórowane, a przez to nierealne,
cele. Tak, jakbym chciała odpracować to moje „bezrobocie”.
Robiłam sobie na dany dzień wielką listę zadań (kobył
oczywiście), a wieczorem zerkałam na kartkę z przerażeniem -
„Matko!!! Zrobiłam tylko trzy punkty!!!”. To oczywiście
wyzwalało kolejne ataki stresu i zrezygnowania.
Dziś
więc zmusiłam się do oprzytomnienia i powiedziałam „STOP!”.
Po zrobieniu paru drobiazgów domowych, usiadłam sobie - w mojej
głowie - sam na sam ze swoją psychiką i kazałam jej się
zatrzymać w tej galopadzie myśli. Efekt? Podjęłam decyzję, że
robię jedną rzecz naraz.
Pomyślałam
o mojej skrzynce z włóczkami, o półce w szafie z tkaninami, o
schowku w sofie z filcem i wiacie w ogrodzie z zachomikowanymi z
różnych sklepowych magazynów skrzynkami, paletami i całą stertą
potrzebnych narzędzi, których nie powstydziłby się żaden
mężczyzna-majsterkowicz. (Tak, tak… Całe nasze mieszkanie, to
mój magazyn. Zastanawiam się, czy najpierw skończy się miejsce,
czy wyrozumiałość mojego męża…).
Wiata
z całym jej wyposażeniem została zdyskwalifikowana jako pierwsza.
Powód chyba oczywisty. 8 stopni na polu i deszcz. Aż tak narwana
nie jestem, a szlifowanie w domu, chyba nawet największemu
syfiarzowi nie przyszłoby na myśl.
Tkaniny
i inne szmatki? Hmm - trzeba byłoby wyciągać z szafy wnękowej
maszynę do szycia. A ona waży z 20 kilo. A dziś jest taka senna
pogoda. No dobra, nie.
Filc?
Trzeba by się rozkładać z tym na całej podłodze w salonie. (No
tak, zrobiłam zamówienie hurtowe, ale przecież tak jest taniej. A
na dodatek dostałam od producenta moją PIERWSZĄ OFERTĘ HANDLOWĄ,
dodatkowy rabat na wszystkie kolejne zamówienia <3). Co gorsze -
potem trzeba byłoby to wszystko sprzątać, chować, skakać po tym,
by znów się zmieściło do tej sofy. A potem jeszcze odkurzać
strzępki, a one i tak będą jeszcze przez tydzień wyciągane przez
kota z czeluści przestrzeni podsofowych i podszafowych. O nie!
No
to włóczka. Tu nie znalazłam powodów, czemu nie miałaby to być
ona.
Więc
postanowione. Ponieważ mam w głowie wiele pomysłów na robótki,
które chciałabym w najbliższym czasie poczynić, wyciągnęłam z
bazy pierwszą z nich.
Chusta.
Duża
trójkątna chusta, cieniowana, ażurowa i mięciutka. Jakieś 2
miesiące temu zakupiłam już nawet dokładnie w tym celu włóczkę
- 100% bawełny, piękna cieniowana struktura, rozpoczynająca się
od limonkowej zieleni, przechodząca przez morski turkus i kończąca
się na głębokim granacie.
Chusta
w mojej wyobraźni miała już tysiące zastosowań - lekki szal
wiosenny (idealny do granatowego płaszczyka), narzutka na ramiona w
chłodniejsze letnie wieczory, pareo na strój kąpielowy, i tak
dalej, i tak dalej…
Wydobyłam
więc tę bawełnianą cudowność z samego dnia mojej magicznej
skrzynki i postawiłam przed sobą jako muzę.
Kolejny
krok dotyczył formy, którą owa włóczka miałaby przyjąć.
Oczywiście wstępne wyobrażenie już istniało od dawna.
Rozpoczęłam więc wyszukiwanie różnorakich wzorów w internecie.
O ten! Jest piękny, cudowny, idealny dla cieniowanej dzianiny.
Poszło
szybko, co wcale często się nie zdarza.
No
i klops… Nie nie - to nie problem, ale „wyzwanie”. Na mój
wybrany wzór znalazłam SCHEMAT. Dla niewtajemniczonych (w tym i dla
mnie) - kropki, kreski, grubsze kreski, krzyżyki, a pomiędzy tym
wszystkim jeszcze cyfry! Do tej pory udawało mi się unikać takich
hieroglifów i wszystkiego uczyłam się z filmików albo od mojej
zdolnej teściowej. Wiedziałam jednak, że kiedyś nadejdzie moment,
kiedy trzeba będzie się zagłębić w to pismo obrazkowe, ale
zawsze odwlekałam to na później. Jednak ten wzór był tak
idealny, że przecież nie mogłam zrezygnować z niego tylko z
powodu jakichś tam piktogramów!
Ja
sobie z tym nie poradzę?! Oczywiście, że sobie poradzę!
Odnalazłam
filmik (jakże by inaczej), uczący jak czytać te magiczne schematy.
I co? Po 1 (słownie: jednej) minucie stwierdziłam, że to banalne!
Przystąpiłam
więc do dzieła. Łańcuszek, półkole słupków, kolejne słupki,
słupki z oczkami łańcuszka. Początek łatwy. Schody zaczęły się
wraz z rzędem 4. O dziwo wcale nie ze schematem, czy trudnością
oczek. Po prostu bardzo trzeba pilnować ilości powtórzeń, które
się wykonuje i w jakiej sekwencji.
Ale
dla takiej pięknej chusty, z tak cudownej włóczki – warto się
pomęczyć!




Komentarze
Prześlij komentarz